SALI SPEKTRA - BIO
*
Ktoś mógłby powiedzieć, że dla ludzi urodzonych w tak górzystym i wyżynnym regionie kraju jakim są Gorce – pasmo Beskidu Wyspowego, słynne ostatnio ot choćby za sprawą kampanii reklamowej zakładów owocowych TYMBARK, to właśnie góra powinna być zarówno symboliczną jak i dosłowną dominantą życia - pewną formą organizującą jego całość; swego rodzaju totemem, wreszcie -nadrzędną metaforą, w której wyraża się charakter i jakość egzystencji.*
I rzeczywiście, kiedy zaczynam pisać ten tekst, znacznie wszakże oddalony od rodzinnych gór, czuję mimo to, nieomal na własnych barkach ich cień i jego specyficzny ale znajomy ciężar, jaki towarzyszył mi (i pewnie nie tylko mi) w czasach dzieciństwa i młodości tu spędzonej. Góry stanowiły zawsze ostatni kontur, granicę czy horyzont wszystkich naszych poczynań, początek których zaś, mieścił się w naszych głowach i sercach.
Dlatego, może nieco przekornie, a może po to, by wyzwolić nieco inny rodzaj czytelniczych impresji, pisząc o jednym z owych poczynań – zespole SALI SPEKTRA i jego dość długiej i zawiłej historii, w miejsce góry wybieram metaforę rzeki, która – może nieco niezauważona, wiła się i wije nadal leniwie acz zdecydowanie pośród tychże gór, stanowiąc także pewien kanał łączności między dwiema miejscowościami: DOBRĄ i TYMBARKIEM – w których to miejscowościach narodziła się i wzrastała jakże zacna idea muzyczna o nazwie SALI SPEKTRA.
I
u źródeł, czyli jak wszystko się zaczęło
u źródeł, czyli jak wszystko się zaczęło
Jedną z rzeczy, którymi SALI SPEKTRA mogłaby się poszczycić już teraz, jest fakt jej wiekowości – nasze początki datują się bowiem jeszcze na wiek XX, a dokładnie na lata 90-te ubiegłego już stulecia. Zatem jak to wszystko się zaczęło?
Około roku 1997 w dolnym biegu prowadzącej nas rzeki o wdzięcznej nazwie ŁOSOSINKA, we wspomnianym już TYMBARKU dwójka szkolnych kumpli BARTEK DUDA i WIESIEK SĘDZIK, nie wiadomo do końca czym powodowani; czy to znaną mieszkańcom wsi nudą i monotonią głównego nurtu rzeki życia, czy może nieznośną tegoż płytkością, postanowili spróbować opuścić choć na moment mielizny sielskiego wszakże acz przeciętniackiego mimo wszystko życia wioskowego i udać się w nieco bardziej może dzikie; amazońskie rejony swej wewnętrznej rzeki – fascynację muzyką.
Fascynacja i pasja ta zrazu przejawiała się w umiłowaniu ROCKA i kolekcjonowaniu rockowych nagrań; głównie jego największych gigantów w rodzaju METALLIKI, NIRVANY, LED ZEPPELIN, SOUNDGARDEN czy PEARL JAM i nasiąkaniu niczym gąbka rockową konwencją. Z czasem jednak; jako że ze wszystkich zmysłów, mieszkańcom wsi chyba najbardziej udziela się tzw. ZMYSŁ PRAKTYCZNY, koledzy postanowili spróbować wypłynąć na nieco szersze i inne wody swej pasji i chwycić za instrumenty by spróbować własnych sił w muzyce.
Bez zbędnych spekulacji odnośnie rzekomego talentu rozpoczęli wspólne spotkania muzyczne początkowo w zaciszach swych domostw, obaj próbując się w grze na GITARZE. Z czasem , krótszym jednak niż ten jaki potrzebuje rzeka by erodując dwa przeciwległe brzegi, wyrobić sobie w końcu przyzwoite koryto, w którym może płynąć, w takim oto krótszym czasie WIESIEK, lepiej znany jednak jako VIENIA zostawił gitarę BARTKOWI, który z kolei nosił wdzięczny nick MIKU, sam natomiast zajął się kolejnym niezbędnym nie tylko dla rockowego grajka instrumentem – PERKUSJĄ. Być może dodatkową inspiracją dla VIENI był fakt obecności perkusistów w jego wcale umuzykalnionej rodzinie.
W obliczu udzielającej się mocniej i mocniej pasji do tworzenia muzyki, która niczym rzeczny prąd nie napotykając żadnych znaczących przeszkód, progów czy tam przybierała na sile, do powstałego już składu dołączył inny kolega - niejaki KOMBAJN, by dzierżyć trzecie brakujące w rockowym sztafażu ogniwo: GITARĘ BASOWĄ. Wkrótce jednak okazało się, że przeznaczenie KOMBAJNA w dziedzinie muzyki być może ogranicza się jedynie do jej słuchania, i tak, jego miejsce w tymbarskim kajaku sunącym po Łososince zajął ROBERT ZAPAŁA alias OGÓR. Zespół o nazwie, której albo nie było albo dziś nikt już jej nie pamięta rozpoczął swą muzyczną działalność, dając pierwsze lokalne koncerty, audytorium których stanowili podówczas głównie znajomi.
*
W tym samym mniej więcej czasie, w górnym biegu sławetnej rzeki, która jako nić ARIADNY TEZEUSZA, prowadzi nas przez labirynt zamierzchłych początków SALI SPEKTRY, toczy się historia nieomal tak wierna poprzedniej jak odbicie własnej twarzy jakie miał ujrzeć mityczny NARCYZ w tafli leśnego jeziora. Dwóch kumpli - DANIEL STOKŁOSA i KAZIMIERZ PACHOWICZ o potencjałach intelektualnych znacznie przewyższających ten, jaki konieczny był do kulturalnego przetrwania w Dobrej [fakt potwierdzony czerwonym paskiem na świadectwach ukończenia podstawówki] postanawia nadać ciągłość pewnemu sukcesowi, jakim był wspólny wokalny występ na szkolnej gali zamykającej idylliczny czas ośmiu lat szkoły podstawowej [choć taka przesłanka do dziś pozostaje niepotwierdzona] i rozpoczyna muzyczne spotkania przy herbacie, gitarze i serii PRZEDMIOTÓW zastępujących zestaw perkusyjny. Tak jak tam, tak i tu szybko następuje polaryzacja ról, ster za perkusją przejmuje DANIEL, WIOSŁO zaś przypada w udziale KAZIKOWI, co też zresztą jest konsekwencją preferencji obu kolegów.
Pozostaje BASS, który po okresie personalnych eksperymentów z innymi kolegami, niczym ryba w sieć wpada w ręce niejakiego SZCZOTY czyli ZBIGNIEWA PIECHÓWKI, stając się wkrótce nader wdzięcznym atrybutem w jego rękach.
Naturalną koleją rzeczy zaczyna się w obu miejscowościach regulowanie nurtu rzecznego. Rozglądanie się za stałym miejscem prób, gromadzenie [jakże mozolne!] instrumentarium i nagłośnienia [dość powiedzieć, że jedna z pierwszych gitar basowych SZCZOTY miała więcej lat niż niejeden FIAT 126p z chromowanymi zderzakami], i wreszcie – stawianie pierwszych kroków [na wodzie!] na drodze do własnego repertuaru muzycznego.
W Tymbarku rolę właściwego twórcy, kompozytora przyjął MIKU, choć niewykluczone, że to VIENIA był rzeczywistym kapitanem całego statku, w Dobrej pierwszym sternikiem bezsprzecznie pozostawał KAZIK, choć nie można tu milczeć o niewątpliwym talencie i jego skutkach praktycznych zarówno u DANIELA jak i SZCZOTY.
Ponieważ tekst niniejszy nie jest tylko prostą relacją o historii zespołu ale także pewnym, małym PEANEM na jej cześć, nie sposób tu nie wspomnieć o pierwszej MUZIE zespołu z Dobrej, prawdziwej SYRENIE, do której wzdychało serce KAZIKA, szczupłej ciemnej blondynce o tajemniczych oczach i milczącym wyrazie twarzy BEACIE DUDZIK, której to dedykował on swe pierwsze – niezbyt jeszcze skomplikowane, odnalezione między palcami kompozycje.
I może właśnie w wyniku tego nieszczęśliwego i niespełnionego [jak się wkrótce miało okazać] uczucia KAZIKA do BEATY, wpadł on na dość pokrętny i dziwaczny, acz może symptomatyczny w tej sytuacji pomysł nazwy zespołu – RELANIUM.
II
"RELANIUM" i "BODY LANGUAGE" – czyli nurt przybiera na sile
"RELANIUM" i "BODY LANGUAGE" – czyli nurt przybiera na sile
Metalowy dach strychu w posesji ZBIGNIEWA – jedna z pierwszych „sal” prób RELANIUM, pewnie długo jeszcze będzie rezonował przedziwne falsety i kombinacje dźwięków głównie gitary i wokalu KAZIKA, a niektórzy znajomi zespołu z Tymbarku być może pamiętają jeszcze do dziś notoryczne pomyłki muzyków przy wykonywaniu najbardziej nawet banalnych utworów, podczas koncertów na jakie w swoim czasie znajomi ci mieli przyjemność być zaproszonymi.
Ale budowana krok po kroku [niczym reprezentacja BEENHAKKERA na EURO 2008] oczyszczalnia ścieków, nie tylko ta na rzece Łososince ale i ta udoskonalająca percepcyjne filtry muzyczne samozwańczych muzyków z Dobrej i Tymbarku robiła swoje i z miesiąca na miesiąc , z tygodnia na tydzień w melasie dźwięków nieustannie przetwarzanej przez oba składy coraz częściej dawało się słyszeć coraz bardziej wysublimowane formy muzyczne, coraz częściej nadające się też do prezentacji coraz to szerszemu gronu odbiorców.
Jesteśmy na etapie, na którym jedna dość istotna kwestia zdołała ubiec naszej dotychczasowej uwadze.
Otóż, mniej więcej latem 1997 roku doszło do wydarzenia brzemiennego w skutki w perspektywie późniejszego rozwoju tej historii, które jednocześnie przybliża nas nieco do sedna jej samej. Chodzi tu o znajomość jaka wywiązała się między BARTKIEM DUDĄ a KAZIMIERZEM PACHOWICZEM. Przesłanką dla tejże stał się wprawdzie fakt narodzin uczuciowego związku między SIOSTRĄ Kazika a samym BARTKIEM, ale sam przebieg znajomości między włodarzami swych późniejszych muzycznych projektów miał charakter głównie muzyczny właśnie.
Rzeczą wartą odnotowania jest to, że to właśnie do BARTKA w tamtym czasie należała czerwona gitara marki DEFIL, którą nieco później zakupił był KAZIK od niejakiego JANUSZA KRZYŚCIAKA [który nabył ją od BARTKA by przy jej pomocy przekonać się, że gitarzystą w swym życiu nie zostanie], jako swoją pierwszą w ogóle gitarę elektryczną.
To właśnie ona stała się, obok BEATY bohaterką nieformalnych sesji nagraniowych, podczas których RELANIUM rejestrowało pierwsze wersje swych późniejszych utworów, takich jak JESTER THE KING, INVOLVED czy LIFE THROUGH PROMILES. Warto zwrócić uwagę na anglojęzyczne tytuły tych wersji. W tamtym czasie pisanie tekstów po angielsku stanowiło nieodzowny element warsztatu pisarskiego KAZIKA i było swego rodzaju zasłoną dymną przed ujawnieniem rzeczywistej treści tekstów, które to teksty faktycznie taką RZECZYWISTĄ TREŚĆ posiadały. BARTEK natomiast skłaniał się ku twórczości w rodzimym języku jak choćby w utworze NADEJDZIE DZIEŃ.
Nadszedł więc taki dzień, a było to mroźne lutowe popołudnie roku 1998 kiedy RELANIUM doczekało się swej pierwszej pełnowymiarowej próby z nagłośnieniem do gitary, basu, wokalu i żółtą perkusją POLMUZ, nomen omen zakupioną od VIENI. Był to jednocześnie moment przełomu „technologicznego”, który oznaczał, że odtąd utwory można aranżować w normalnej rockowej konwencji mniej więcej tak, jak później zamierzało się je zagrać przed publicznością.
A publiczność pojawiła się wraz z pierwszymi i każdym kolejnym występem, jaki organizowało nie tylko RELANIUM ale i ekipa z TYMBARKU. W tamtym czasie znajomość między oboma – górnym i dolnym biegiem rzeki była już znacznie zacieśniona, nie tylko na skutek dokonanych transakcji.
Niewątpliwie przełomowym wydarzeniem był wspólnie zrealizowany przez KAZIKA, VIENIĘ, OGÓRA i MIKA projekt, który swój finał odnalazł podczas… FINAŁU WOŚP w styczniu 1999 na deskach sceny domu kultury w LIMANOWEJ, kiedy to zawiązany właśnie na tę okoliczność sojusz DOBREJ i TYMBARKU zaprezentował przygotowany wspólnymi siłami repertuar, na który złożyły się COVERY zespołu NIRVANA, [m. in. SMELLS LIKE TEEN SPIRIT, COME AS YOU ARE, SCOFF]. Występ został bardzo dobrze przyjęty a koledzy mieli okazję przekonać się wzajemnie o sile i nieodpartym uroku muzycznej współpracy. Niemniej zespół ten, pomimo nalegań na dalszą kooperację ze strony tymbarskiego żywiołu, i planach na przejście od coverów do twórczości autorskiej, okazał się być romansem jednorazowym. KAZIK, który stał się głównym przedmiotem targu, wolał pozostać przy swojej RELANIUMOWEJ koncepcji zespołu rockowego i skupić się na ukończeniu przygotowywanego od miesięcy materiału.
Materiał ten o wdzięcznej acz enigmatycznej nazwie GENIWA został z kolei równo rok później zaprezentowany podczas kolejnej edycji finału WOŚP na tejże samej scenie limanowskiej i został nader dobrze przyjęty przez spore już wtedy grono sympatyków RELANIUM [był to czas, w którym zespół dysponował już pewnym sensownym doświadczeniem scenicznym]. Do dziś jednym z milszych wspomnień pozostanie widok grupki znajomych wyśpiewujących pod sceną refren jednej z – wszakże po angielsku śpiewanych piosenek.
Ale, w międzyczasie uporowi kamratom z TYMBARKU staje się zadość kiedy to po wielu spotkaniach, rozmowach ale także gestach w rodzaju pożyczonego sprzętu, czy innych wzajemnie wyświadczonych przysługach, KAZIK wstępuje ponownie w szeregi oddziału Tymbarku by otworzyć tym samym nową kartę w historii wzajemnych kontaktów i ich muzycznych następstw.
BODY LANGUAGE –bo tak nazwano ten nowy rozdział współpracy, było alternatywnym dla Relanium i wcześniejszych dokonań VIENI, MIKA i OGÓRA tworem, w którym miejsce znalazł także niejaki KRZYSIEK WĘGRZYN vel NIKU [jakoś nikt nigdy nie skomentował trudnego do niezauważenia podobieństwa jego ksywki do tej jaką nosił BARTEK].
Wniósł on do zespołu drugą gitarę i kilka swoich kompozycji, które nieoczekiwanie stały się podstawą repertuaru, na którym podówczas się skupiono. Początkowo banalne riffy, po przepuszczeniu ich przez cuda czyniące muzyczne receptory KAZIKA, VIENI, OGÓRA stały się całkiem zgrabnymi i miłymi dla ucha kompozycjami. Należy tu wspomnieć, że w następstwie zdarzeń doszło też w zespole do osobliwego zastąpienia M przez N - MIKU czyli BARTEK nie grał już od jakiegoś czasu w BODY LANGUAGE, jego miejsce zajął właśnie NIKU czyli KRZYSZTOF.
CYCLE COWBANE, FIVE YEARS OLDER, GULL – te tytuły zaprezentował m. in. BODY LANGUAGE podczas ostatniego zresztą koncertu we wrześniu 1999 roku w dobrzańskiej MUSZLI – miejscowym amfiteatrze. Koncert ów został zresztą niestety i niechybnie przez samych muzyków zaliczony do jednego z najsłabszych – jeśli nie najsłabszego występu.
Zespół z TYMBARKU coraz częściej zaczynają dotykać absencje personalne; w głównej mierze jest to nieobecność perkusisty VIENI okresowo wyjeżdżającego do SZWECJI w zgoła innych od muzycznych bo zarobkowych celach. RELANIUM skupia się na nowym materiale o nazwie PSITTACOSIS [ słowo angielskie warte tego by sprawdzić jego znaczenie], który ginie gdzieś wszelako pomiędzy nowymi inspiracjami jakie przynosi ze sobą do zespołu ich dwoje nowych członków – gitarzysta KAMIL NOWAK i wokalistka JOLA OPIOŁA, którzy pojawiają się w nim jako wynik pewnej koncepcyjnej zmiany stylu.
W kwietniu 2000 RELANIUM daje krótki, prywatny koncert na tarasie wspomnianej posesji SZCZOTY, na którym udaje się zaprezentować jeden z wyników tej koncepcyjnej przemiany: utwór YOUR WARM wykonywany wspólnie przez JOLĘ i KAZIKA
Ale koncertów takich niczym opadów w porze suchej jest coraz mniej…
Chyba pora powrócić do zarzuconej na dłuższą chwilę metafory rzeki.
Rzeki miewają trudny żywot. O ile nie wpadną do innej – większej rzeki, okazując się być w nomenklaturze hydrologicznej li tylko jej dopływem, a taka większa rzeka częstokroć i tak kończy swój bieg pochłonięta przez morze czy ocean, może tymże rzekom przydarzyć się inne zło, takie jak wyschnięcie, zarośnięcie, zabagnienie albo długa w czasie klęska suszy, która pozbawia rzeki wody w korycie. Rzeka może zostać zatruta stając się jedynie wodo podobnym toksycznym ciekiem, może wreszcie zostać zasypana i zamienić się w bajoro jak to czasem ma miejsce przy budowie wielkich osiedli czy autostrad.
Druga połowa pierwszego w XXI wieku roku 2000 była dla obu biegów muzycznej rzeki – i jej muzycznych żeglarzy z DOBREJ i TYMBARKU czasem erozji, nie brzegów jednak a samego koryta. O ile w 1997, 1998, 1999 była tu prawdziwa powódź także rockowa,
o tyle teraz, z mniej lub bardziej naturalnych przyczyn życie tej maleńkiej tymbarsko- dobrzańskiej acz ongi urodzajnej oazy na kulturalnej i lokalnej pustyni - by użyć innej puli metafor - ulegało zanikowi.
KAZIKA i DANIELA pochłonął KRAKÓW; nowe obowiązki i życie studenckie, VIENIA znikał w Szwecji na coraz dłuższe okresy, OGÓR ożenił się i poświęcił rodzinie i pracy, i w końcu muzyczne łajby RELANIUM i BODY LANGUAGE utknęły gdzieś na mieliznach cofającej się rzeki, z wolna wtapiając się postępującym próchnem w kamienie, piaski i muły odsłonięte na dnie wygasłego koryta rzecznego. W końcu wydało się, że w Łososince od dawna nie ma już łososi, nie może być więc i tarła i nowego – także muzycznego narybku. Dawno odeszła także hołubiona tak długo MUZA BEATA i ożywcze powiewy jej inspiracji.
III
SALI SPEKTRA – o rzece, która nie wysycha
SALI SPEKTRA – o rzece, która nie wysycha
Ponoć ludności zamieszkałej blisko dużych akwenów jak morze czy nawet ocean, właściwy jest pewien rodzaj sentymentu, nostalgii, tłumaczony ciągłą obecnością bezkresnego, monotonnego i tajemniczego morza, by wymienić ot choćby portugalskie ‘saudades’ [tęsknota, nostalgia].
Skoro gdzieś zniknęła z mapy muzycznej historii DOBREJ i TYMBARKU pewna rzeka, nieważne jak mała, to na pewno pozostała jednak ona nostalgicznie w sercach tych, którzy niegdyś się w niej pławili.
W Krakowie KAZIK przy niemal każdej nadarzającej się okazji próbował powołać do życia jakiś muzyczny projekt. Powstał nawet pomysł o nazwie ROCKABILITY współtworzony z kolegą ze studiów PIOTREM WYSOCKIM, ale trwał zbyt krótko by pojedynczy strumień nowych pomysłów przeistoczył się w regularny prąd rzeczny.
Miku mozolnie ale jednak sukcesywnie przechodził przez kolejne składy naznaczone personalnymi roszadami by w końcu dojść do efektu w postaci w miarę regularnie działającej grupy o nazwie MINDSHINE, która nawet zdołała nagrać DEMO,
Natomiast VIENIA…
Któregoś mroźnego lutowego przedpołudnia roku 2008, po powrocie ze swego kilkuletniego już pobytu w SZWECJI, wykonał telefon do KAZIKA, z zaskakującym pytaniem czy aby ten nie miałby ochoty wskrzesić idei wspólnego tworzenia na polu muzyki.
Cóż, wielkimi krokami zbliżały się wiosenne roztopy, a był to czas, w którym KAZIK o swej ewentualnej przyszłości muzycznej myślał mniej więcej tak: TERAZ ALBO [być może już] NIGDY. Odpowiedź brzmiała TAK.
Wszystko zaczynało się jakby od początku, ale jednocześnie z innego - wyższego j pułapu. Dość powiedzieć, że problemy ze sprzętem i miejscem do grania zostały rozwiązane nie w dwa lata a w dwa tygodnie i można było – na ile czas na to pozwalał, bo teraz on stał się nowym typem technicznej przeszkody - skupić się na rozpoczęciu nowej wyprawy w poszukiwaniu nowych szlaków wodnych, nowych muzycznych obszarów. Próby zaczęły się w marcu z częstotliwością średnio jednej na tydzień. Pozostawała nierozstrzygnięta, jak zawsze intrygująca kwestia nazwy.
Pomysłów jak zawsze było przynajmniej kilka, a tu wymienię dwa z nich, pierwszy to KOMBINAT – na cześć całej tej długiej i pokomplikowanej historii ale też nazwa, która oddawała jakoś to jak i ile to się człowiek musiał kiedyś nakombinować żeby cokolwiek się udało. Drugi pomysł był „geograficzny”. Jako, że zespół był kolektywem złożonym z kolegów z Tymbarku i Dobrej, dlaczego nie nazwać się np. TYM BARDZIEJ DOBRA?
Aż tu w końcu…
Któregoś kwietniowego wieczoru po drodze z KRAKOWA do DOBREJ wpadł był KAZIK nieoczekiwanie ale ku swojej uciesze na ostateczny pomysł nazwy dla nowego projektu: „SALI SPEKTRA – pomyślał, trzymając się kurczowo fotela trzęsącego się, rozklekotanego DELTA BUSA pędzącego gdzieś między GDOWEM a ŁAPANOWEM w stronę DOBREJ– to musi być to!”.
Niemniej, część kompozycji, nad którymi pracuje obecnie SALI SPEKTRA [niezależnie od opinii Ridża na ten temat] to pomysły KAZIKA jeszcze z czasów „pierwszej fali”, jak m. in. utwory SHADE, czy LEAVING EARTH, niektóre aranżowane w ogóle po raz pierwszy Niewykluczone natomiast, że SALI SPEKTRA powróci w przyszłości na dłużej do przygotowanego przez RELANIUM czy BODY LANGUAGE repertuaru by niczym TITANICA z dna morza przywrócić go współczesności. W końcu materiał ten także stanowi dziedzictwo zespołu.
W chwili obecnej jednak priorytetem staje się pewna MUZYCZNA TRANSFORMACJA – oparta głównie o twórczość liryczną w języku ojczystym , odejście od dawnych muzycznych inspiracji, które w znacznym stopniu określały dotychczasowy etos i warsztat, oraz zwiększenie nacisku na techniczny walor samej twórczości, ostatecznie zaś o nawiązanie kontaktu z publicznością i zarejestrowanie materiału w regularnym STUDIO NAGRAŃ. Czy zasługującego na wydanie w postaci płyty - czas i władca mórz - grecki POSEJDON a rzymski NEPTUN pokażą.
SALI SPEKTRA – SKŁAD ZESPOŁU
WIESŁAW VIENIA SĘDZIK – perkusja, wokal
KAZIMIERZ CAZORLA PACHOWICZ – gitara, wokal
ROBERT OGÓR ZAPAŁA - bass

















